
-Co znowu? – Wolała nawet nie obstawiać, jakie tym razem dziwadło ich odnalazło i dlaczego rozrabiało. Ruch na tej pustynni był, co najmniej taki jak na głównym rynku w dzień targowy. Mówili, że nikt nie wraca z niej żywy, że pustynia jak jakaś psychopatka domaga się ludzkiej krwi, że zwykły człowiek jest za słaby, by tutaj przeżyć. Okazuje się, że prócz piekielnego upału, można tu znaleźć całą menażerię dziwadeł, a najtrudniejsze jest pozostanie przy zdrowych zmysłach.
-Ubije gada. Ubije gada.- Darł się wściekły Młody.
-Co znowu? –Spytała Dijkstreka, - Komu on grozi? Zwariował?
-Nie wiem, ale stawiam, ż Sylwester jest w to zamieszany, bo biega wzniecając tumany kurzu. Młody mu ostatnio podpał, a to mściwa i pamiętliwa bestia, więc pewnie znowu dopiekł Młodemu.
-Sam sobie winien, nie powinien wysyłać go do budy- Stwierdziła mimo wszystko trzymając stronę zwierzaka, choć Młodego też lubiła. Wstała, nie zważając na ogniska zimna, uparcie miażdżące bólem jej kości. Zresztą to już najwyższa pora, by się ruszyła, zaraz trzeba ruszać w drogę powrotną. Im szybciej wrócą do domu tym lepiej. Każda godzina zwłoki oznaczała niebezpieczeństwo.
-Ubiję gada. No przyrzekam, ubiję jak psa tego gada- Darł się Młody.
-Co tu się dzieje?- Rozdarła się tak, że zatrzymali się w pół kroku zarówno Młody jak Sylwester. Łysy stanął w rozkroku i ze źle ukrywanym rozbawieniem czekał na dalszy rozwój wypadków. Stare jak świat niemowlę, beknęło głośno w ramionach Myszki i zachichotało tym razem Myszka się nie przyłączył.
-Ubiję gada- jęknął Młody.
Sylwester korzystając z tego, że skupiła uwagę na Młodym, zaczął się powolutku i prawie bezszelestnie wycofywać.
-Stój, ani nie drgnij, bo cię przerobię na kapcie- Zagroziła całkiem poważnie zwierzakowi. O dziwo posłuchał zastygł w bezruchu.
-To, za co będziesz tego gada ubijał? – Wróciła do Myszki.
-Ukradł mi obrazek, taki mały i nie chce oddać. Może zeżarła cholera jedna, żeby jej flaki nosem wyszły i waliły po głupim łbie w rytm „Czerwonego Lasu” – Poskarżył się a potem gładko przeszedł do pogróżek.
-„Czerwonego Lasu”?- Nie znała takiego kawałka.
-Mój obrazek- zajęczał rozpaczliwie Młody.
-To portret jego ukochanej- Szepnął jej Łysy- Niedobrze się stało, to talizman Młodego. Teraz będzie wypatrywać nieszczęść i jeszcze jakieś nam na głowę ściągnie.
-Gdzie to jest?- Spytała wielbłąda. –Gdzie ten portret?
Sylwester pokręcił głową spoglądając na gwiazdy, tak jakby udawał, że to pytanie wcale go nie dotyczy. Tylnym lewym kopytem malował coś na piasku. Tchnięta przeczuciem podeszła i spojrzała. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi, bo Sylwester namalował serce. Fakt, że jakieś takie niekształtne kopnięte, ale nie było wątpliwości, że to serce.
-Czyś ty zgłupiał?- Spytała zszokowana. Nie wiedząc jak zinterpretować dziwne zachowanie zwierzaka.
-Młody masz większy problem niż utrata obrazka, ten gad zakochał się w twojej kobiecie. A biorąc pod uwagę, jaki on przebiegły i piękny, to jak nic ci ją odbije. Już po twoim związku.- Zaśmiał się Myszka.
-Zabiję gada- Ryknął wściekły Młody, rzucając się w stronę Sylwestra. Na szczęcie Łysy był przygotowany i złapał Młodego za ramiona, osadzając go na miejscu.
-Sylwester. Ktoś tu musi być dorosły, więc pytam ostatni raz, gdzie jest obrazek? Masz minutę, a potem to będziesz marzył, by zostać moimi kapciami- Ostrzegła, dość już miała tej zabawy. Czas ruszać do domu.

-Skorpion nie płaci alimentów?- Znowu się zdziwiła, a przecież już nic jej nie powinno dziwić.-Naprawdę bardzo jestem ciekawa, na, co pani skorpion wydaje pieniądze, na lekcje gry na piaskowym pianinie dla małych skorpioników? Siedzą potem na pustyni i grają. A może pustynny balet? Czy może na koronki, by ścierać nimi truciznę z kolców swej dziatwy. A może innej waluty oczekuje pani skorpionowa, dwa pajączki z rana, jaszczureczkę z wieczora a na przekąskę żuczka?
-Mówiłem, że nie o takiego skorpiona chodzi. Ten to chłop jak dąb, a na plecach ma wytatuowanego czerwonego skorpiona, że niby kiedyś był takie twardy i niebezpieczny. Niestety nie wystarczy skorpion na plecach, by z mięczaka nawet nie wiem jak umięśnionego zrobić mężczyznę- Stwierdził Myszka ze znawstwem.
-To mi ulżyło, bo myślałam, że znowu jakaś niespodzianka w postaci monstrualnego, większego od wielbłąda i krwiożerczego skorpiona nas czeka. – A swoją drogą, czy jej ludzie byli gotowi na takie zagrożenie?
-Tak na marginesie, to nie jedna jest była pani skorpiona, a trzy są. Głupi, ale widać prawdziwy ogier. – Poinformował ją Myszka. Doceniła, że zamiast podziwu w jego głosie usłyszała naganę. Znowu pomyślała, że jednak ma szczęście do pracowników.
-I zamiast pomagać wychować dzieciaki, uciekł?- Domyśliła się. Ile takich historii już słyszała, nawet nie liczyła.
-Odnalazł powołanie, nie miał głowy do głodnych, płaczących dzieciaków i do bab, co mają wymagania i pretensje- Myszka pokręcił z dezaprobatą głową.
-Co było tym jego powołaniem, że aż musiał uciec od swoich dzieci? – Trochę bała się pytać, ale w sumie, to, czemu miałaby nie pytać.
-A obudził się ponoć kiedyś i stwierdził, że pisane mu być pustynnym znachorem. O tyle dziwne, że dotychczas to interesował się tylko piwem, a i nie składem, ale ilością, którą może wpompować do żołądka. Ziół nie rozróżniał wcale, nie wiem czy w ogóle dostrzegał ich istnienie, a pisać i czytać też jakoś się nie zdążył się nauczyć, jakoś do tego nie miał głowy. Wiedzy żadnej nie miał, to wyśnił, że będzie leczył ludzi świętym, pustynnym piaskiem. I nie, że tam jakieś okłady, zaklęcia, czy mikstury on wymyślił, że ludzie będą ten piasek jeść w ilościach wskazanych przez niego. Ten piasek oczyści ciało z choroby, jak dajmy na to garnek z sadzy, a on, jako święty mąż będzie miał władzę nad chorobami. Nie on jeden jest głupkiem, to nawet miał, kogo leczyć.
Jak na zawołanie usłyszała gdzieś za plecami nerwowe gaworzenie ich niemowlęcia, które nie było niemowlęciem, a nie wiadomo, czym.
-Nie wróżę mu zbyt długiej kariery.- Stwierdził ucieszony tym faktem Dijkstrek, nie mogąc się nadziwić ludzkiej pomysłowości i głupocie.
-Ja w sumie też- Pomyślała na głos.
-Fakt, po pierwsze szuka go wiedźma w kaloszach z jednorożcem, a samo to nie wróży mu najlepiej. A po drugie może szybciej dopadną go wkurzone rodziny pacjentów, jedzenie pustynnego piasku nikogo jeszcze nie wyleczyło, wręcz przeciwnie. Też mu nie wróżę długiej kariery znachora. – Myszka zabrał jej pustą miskę, w której przyniósł śniadanie i odszedł do swoich ludzi.
-Znając wiedźmę to mu zafunduję taką kurację piaskiem, że mu bokiem wyjdzie- Zaśmiał się Dijkstrek
-Polubiłeś ją, co?- Spytała, czując, że napar i śniadanie przywróciły ją do życia.
-Może trochę, nie była taka zła, choć dziwadło.
-Nie dla ciebie ten dzban, nie znasz się na miłości, a jak tak to mniej niż ten jej wodnik w żółtych kalesonach.- Dogryzła
-Nie możesz mnie zatrzymać, daj mi więcej swobody- Pokazał jej język.
Wrzaski i rejwach w szeregach jej ludzi przerwały im rozmowę. Zaciekawiona spojrzała w miejsce gdzie unosiła się gęsta chmura piachu.

Obudził ją przenikliwy chłód, taki, co wwierca się z przeraźliwą skutecznością w każdy centymetr kości i trzewia. Dreszcz boleśnie szarpnął jej ciałem a potem jeszcze i jeszcze, zęby zadzwoniły nieprzyjemnie, głośno obijając się o siebie. Granowa sukienka nieba wyblakła i tylko gwiazdy dalej, niczym oczy wścibskiego sąsiada przewiercały na wylot tkaninę nad ich głowami. Próbowała mocniej owinąć się derką, ale niewiele to dało, dreszcze nadal boleśnie potrząsały jej ciałem.
-Masz- usłyszała głos Dijkstreka.
Klęczał przed nią i trzymał kubek z czymś ciepłym, parującym. Chciała wyciągnąć rękę, ale ból kości był tak duży, że aż syknęła a z oczu pociekły łzy. Spróbowała jeszcze raz. Udało się, ale dłoń jej tak drżała, że nie była w stanie złapać kubka. Zaklęła w myślach.
-Poczekaj- powiedział- I powolutku pij, bo gorące, żebyś się przypadkiem jeszcze nie poparzyła. -Zbliżył ceramiczne naczynie do jej ust. Niczym alkoholik łaknęła ciepła tego kubka i jego zawartości, zawstydzona czuła, że oddałaby dużo, a nawet wszystko za trochę ożywczego ciepła.
-Gdzie tamci? – Ledwo sama się zrozumiała i próbując mówić, mało nie odgryzła sobie języka.
-To dziwadło i jej paź?- Upewnił się Dijkstrek
-Dziwadło?- Nie zrozumiała.
-No przecież nikt normalny nie pląta się po pustyni w kaloszach z jednorożcami i w takich ciuchach. Sama wiesz, że to trochę niewygodne i nie praktyczne wdzianko. I jeszcze ta jej maniera, kim to ona nie jest, ile to ona nie wie. Wkurzająca istota. Tak, więc, dziwadło, gdy tylko zasnęłaś stwierdziło, że na nich najwyższy czas. I poszli razem w noc ciemną, a ten jej gach w żółtych kalesonach to nawet sobie radośnie gwizdał.
-Pozwoliliście im odejść? – Spytała pomiędzy łykami naparu, odzyskując, jako tako kontrolę nad swym zmarzniętym, zbolałym ciałem.
-A, co miałem zrobić? Ogłuszyć, związać czy może upić do nieprzyjemności? Niby, czemu się miałem się z nimi użerać?- Obruszył się Dijkstrek, puszczając kubek z naparem, który oplotła już swoimi w miarę sprawnymi palcami- Przecież tamta wszystko wie najlepiej, wszystko ma pod kontrolą.
-To pustynia, jak to sobie poszli?- Nie mogła zrozumieć, dlaczego dwoje nieuzbrojonych, nieprzygotowanych ludzi z własnej woli wyruszyło na to przeklętą pustynię, gdzie śmierć zbiera obite żniwo, dlaczego wzgardzili towarzystwem gwarantującym bezpieczeństwo? To było bez sensu.
-Przyszli sami, to i poszli sami. Nic w tym dziwnego. Podobno wiedzą, co robią. Myszka chciał im nawet dać prowiant, ale nie wzięli. Powiedzieli, że nie mogą. Muszą mieć wolne ręce, ale bukłakiem wina nie wzgardzili.
-Nawet jedzenia nie zabrali? Zginą- Zrobiło się jej żal tego zakochanego, poczciwego wodnika i zrzędliwej wiedźmy z szalonymi pomysłami. Może i była dziwadłem, ale to nie powód by bez sensu ginąć na pustyni.
-Myszce powiedziała, że chce być gotowa na spotkanie skorpiona a żeby mu spuścić łomot musi mieć wolne ręce i swobodę ruchów. Tobołki tylko by jej przeszkadzały.
Pomimo, że nie chciała, pomimo, że próbowała tego nie robić, omiotła wzrokiem piasek wokół nóg w poszukiwaniu skorpiona. Podświadomie szukała wściekłych, atakujących ją hord. Dijkstrek zauważył jej niepokój i to jak ukradkiem, ściskając coraz mocniej kubek próbuje lustrować piasek.
-Nie o takiego skorpiona chodzi- Oznajmił rozbawiony.
-Nie?- Spytała piskliwie.
-O takiego, co uchyla się od płacenia alimentów- Wtrącił się Myszka, który przyniósł jej śniadanie.

-Za wcześnie się spotkaliście, zły początek. –Wiedźma wskazała brodą blond Diamentowego Węża- źle się stało, nie tak to było zapisane.
-Ja i on?- Parsknęła, jeszcze tego jej trzeba było, jakiś przygłup, co się pląta pod nogami. Mało to ma kłopotów i świrów wszelkiej maści wokół siebie? Nie, na pewno nie chciała mieć nic wspólnego z tym blond głąbem. Nawet go nie lubiła, wkurzał ją jak mało, kto. Nie ma takiej możliwości, by się mogli dogadać.
-Niestety, gdy dzban pęknie, to już do niczego- Wiedźma niezrażona jej słowami dalej drążyła temat.- Nie naprawisz tego, co zepsute
-Coś ci się poplątało- Przerwała wiedźmie, ale nie miała siły się kłócić. -Nie ma takiej możliwości. Nawet gdyby był ostatnim mężczyzną na ziemi to bym go nie chciała.
-Nie prychaj na mnie dziewucho jak jakiś dziki kot.- Wiedźma poprawiła tiul spódniczki i wycelowała w nią wskazującym palce- A ja w przeciwieństwie do ciebie, wiem, o czym mówię. To był ten na zawsze. Ten, który byłby podporą i szczęściem. Nie prychaj jak nie masz pojęcia o mężczyznach. No, nic dzban pękł nic z tego już nie będzie. Szkoda.
-Dzban można skleić, nie wiem, o, co tyle krzyku- Wtrącił się Dijkstrek.
-Może i dużo wiesz, może i jesteś wyjątkowy, ale na miłości to ty się nie znasz wcale, jeszcze gorzej niż Wodnik. – Stwierdziła i umilkła na chwilę, pomyślała- A w sklejonym dzbanie nikt wody nie trzyma, bo niezdrowe to i głupie.
-Woda jest niezdrowa- Wtrącił się wodnik- Zresztą, kto by wodę w dzbanach trzymał? Nogi można umyć w jeziorku, albo nawet w jakieś kałuży. Szkoda dzbana na wodę do mycia nóg.
-A, co ty byś mądralo w dzbanach trzymał?- Spytała wiedźma. Gdyby głosem można było kastrować, wodnik miałby przechlapane. Widać miała wiedźma trochę inne mniemanie o higienie i myciu się niż wodnik
-No pomyśl tylko, samogon, dużo samogonu i było by jak w raju i niczego by nam do szczęścia już nie brakowało. –Rozmarzył się wodnik
-Ty się sycz i się nie napinaj, bo skończysz z takim jak on.-Stwierdziła wiedźma nie patrząc na nią.
-A w sklejonym dzbanie tytoń bym trzymał, a co miałoby się naczynie marnować. Dobry tytoń też potrafi uszczęśliwić. Albo i nasiona, z nich może coś dobrego wyrosnąć, szkoda dzban wyrzucać.- Rozpędził się wodnik w wyszukiwaniu zastosowania dla uszkodzonego naczynia.
-Wiesz może taki głupi jak się wydaje, to ty nie jesteś.
Wodnik na te słowa uśmiechnął się uszczęśliwiony i rozanielony przytulił do wiedźmy.
-A ty jej zatrzymać nie możesz. Bo ona jest jak woda, co niesie z sobą życie. Nie dla ciebie ona, nawet, jeśli jesteś tym, kim myślę.
-Jednak nie wiesz, o czym mówisz.- Stwierdził Dijkstrek patrząc na wiedźmę z pod oka.
-Może i nie wiem, ale daj jej większą swobodę. Teraz to i tak tylko ziarno w dzbanie zostało, a nuż się jeszcze uda, może wodnik, choć raz coś dobrego wykracze. Tamten- machnęła głową w stronę blondyna-, co prawda zapatrzony w tamtą jak w obrazek. Wielbić chce, bo to takie romantyczne i pomylił pożądanie z miłością. Nie zobaczy prawdy nawet jak się o nią potknie, ale nie jest zły z niego człowiek i jak na chłopa to tez nie jest taki głupi. Taki los pokręcony, a ona wie jak mężczyzn sobie koła palca okręcić, oj wie.
Nawet się nie wkurzyła, że rozmawiają o niej i to tak, że wszystko słyszała, chyba nie miała już sił, chyba była zbyt zmęczona. Nikt jej też nie musiał tłumaczyć doskonale wiedziała, że tamta to kochanica króla. Niby wiedźma nie mówiła dobrze o tamtej kobiecie, ale wyłapała w jej głosie ciepłe nutki. Tak mówi się o kimś bliskim.
-Znasz ją?- Zwróciła się do wiedźmy.
-A, co bym miała jej nie znać, jak w jednej kałuży nogi myłyśmy i zawsze mi skwarki z jajecznicy zołza jedna łakoma wyjadała, a tyłek jej nie urósł.
-Skwarki?- Zaśmiał się Dijkstrek – To faktycznie zołza.
-Siostry się nie wybiera, ale ona nie trafiła najgorzej. Nigdy do zupy jej nie naplułam, a za skwarki się nie mściłam, a mogłam. To dobra dziewczyna, tylko żarłoczna, ale jak się chce ratować świat to i nerwy są.
-Nigdy bym nie pomyślał- Stwierdził Dijkstrek.
-No i czemu mnie to nie dziwi? Z myśleniem u ciebie różnie bywa, ale chwalić się nie ma, co. To myśl teraz, że ona jak woda i zapamiętaj, bo nie nikogo, kto by przypomniał. A teraz dobranoc- Ucięła rozmowę.

To nie będzie dobry dzień, wiedział to zanim jeszcze otworzył oczy. Ciężkie krople deszczu niczym seria z karabinu z jego gry na PlayStation, obijały parapet. Nie będzie wycieczki rowerowej tej, którą miesiąc temu obiecał mu ojciec. Nie podnosił powiek, bo bał się, że popłyną łzy, a nie chciał okazać się zwykłą, rozmemłaną beksą, nie chciał też, by ktoś się domyślił jak mu zależało na tym dniu. Potem było jeszcze gorzej. Ojciec wylądował w szpitalu ze swoją nową żoną i odwołał ich wspólny dzień. Nie lubił nowej żony taty, a już na pewno nie chciał, by urodziła mu rodzeństwo. Nie, nie życzył temu dziecku niczego złego, porostu nie chciał, by się urodziło, marzył, by zniknęło, rozpłynęło się jak mgła i nie komplikowało mu życia. Był wściekły na ojca, choć rozumiał, że to nie jego wina, że nie chciał go zawieść, bo przecież robił wszystko, by mu pokazać, że go kocha. Słyszał milion razy, że to, że rozsypał się związek rodziców jego nie dotyczy, ale to nie prawda. Tata nie mieszkał już z nimi, kochał inną kobietę, nie jego mamę, a on musiał się umawiać, żeby się z nim spotkać. A teraz to głupie dziecko, które miało się dopiero urodzić, zepsuło mu cały dzień. Najgorsze, że mama po południu wybierała się do koleżanki na urodziny, nie chciał tam iść. Każą mu zabawiać jej dzieciaka, nie znał chłopaka, ale ciągle słyszał zachwyty, jaki to on jest dzielny i mądry. Nie ma ręki, a potrafi sobie radzić, a to pięknie maluje, a to, że uprawia sport, a to tamto, a to sramto normalnie ósmy cud świata. To w zupełności mu wystarczyło, żeby znielubić tego dzielnego supermena. Nie chciał z nim spędzać ani minuty, wolał zostać w domu, ale n to nie pozwoliła mu mama. I to wszystko przez nowego dzieciaka ojca.
Jedzenie było do kitu, nie lubił kremu z brokułów, ani mięs faszerowanych szpinakiem i tego ugrzecznionego, ulizanego mądrali, koło którego go posadzono. Dorośli zanudzali, aż mu się robiło mdło. Fakt, może nie był w porządku, może nie powinien dokuczać i wyśmiewać braku ręki chłopaka, ale był tak wściekły, że nie panował nad sobą. Gdy ten dziwny dziadek, co mu siwe włosy sterczały niczym miotła, a druciane okulary zjeżdżały z nosa, zwrócił mu uwagę, że zachowuje się fatalnie, odburknął coś niegrzecznie.
I wtedy stało się coś, czego nie rozumiał, co przeraziło go tak strasznie, że zaczął krzyczeć na całe gardło, ale nikt go nie słyszał. Wszystko wokół stało się ogromne, przytłaczające, przerażające a on leżał obok ogromnej stopy staruszka i nie potrafił się poruszyć. Serce biło mu jak szalone, ale nie mógł nic zrobić, zupełnie nic. Nadaremno próbował wzywać pomocy, nagle zobaczył czerwony, elegancki, kobiecy but, który go nie wyminął, tylko kopnął. Natychmiast nabrał niesamowitej prędkości i wjechał na boku niczym na sankach pod jakiś mebel, odbił się od ściany i został w ciemności, zakopany w warstwie kurzu. Teraz już nie płakał tylko wył z przerażenia, jeśli to sen to chciał się obudzić i zapomnieć. Nie wiedział jak długo leżał w ciemności, ale zdążył się uspokoić i zobojętnieć, nic już nie czuł, gdy dostrzegł ruch. Wielkie paluchy macały podłogę, zupełnie tak jakby czegoś szukały. Było mu już wszystko jedno, nikt mu nie mógł pomóc. Potem czyjaś ręka niczym wielki, wstrętny pająk złapała go i podniosła.
-Odczep się! – Wrzasnął, gdy zobaczył twarz cud chłopka.
-Jeśli tego chcesz- odpowiedział chłopak.
-Ty mnie słyszysz?- Spytał z nadzieją.
-Tak. Ten starszy gość powiedział, że będę słyszał, co mówisz i ty będziesz słyszał. Nic z tego nie rozumiem, to przecież niemożliwe. Wszyscy cię szukali, twoja mama wpadła w histerię, była policja. Normalnie masakra.
-Mi to mówisz? Co się ze mną stało? I jak to odwrócić? Możesz mi pomóc?- Spytał z nadzieją.
-On powiedział, że mam się tobą zaopiekować, że stanie się to, co ma się stać i wszystko zależy od ciebie. I powiedział, że od dziś nazywasz się Lokomotywa.- Zmarszczył brwi i zaczął mu się przyglądać- Prawdę mówiąc wyglądasz jak lokomotywa taka z dziecięcej kolejki. To dziwne straszne dziwne.
-Możesz zawołać tego dziadka w okularach? On będzie wiedział, co robić- Był pewien, że dziadek z siwą szczotką do zamiatania na głowie będzie wiedział, co robić. Tylko on mógł mu pomóc.
-I tu jest problem, nie wiem, kto to jest. Mało tego, nikt z dorosłych nie pamięta, żeby ktoś taki tu był. Najpierw podejrzewali, że cię porwał a teraz zachowują się tak, jakby nikt o tobie nie pamiętał, jakby nigdy cię nie było.- Położył go na stole a wolną rękę złapał chusteczkę i wytarł nos.
-Myślisz, że jak cię przeproszę, to znowu będę sobą, że ten koszmar się skończy?- Spytał, choć nawet on czuł, że to by było zbyt proste.
-Nie wiem- przyznał- ale ja się na ciebie nawet nie gniewam, przyzwyczaiłem się, że ludzie mają ze mną problem, nie wiedzą jak się zachować.