Pomóż mi wykreować nowy świat. Moja fantazja nie zna granic - dorzuć grosik na pomoc dzieciakom i napiszmy wspólnie bajkę. Możesz wykreować swojego własnego bohatera lub zdarzenie, a ja wplotę je zręcznie w osnowę opowieści. Przed przystąpieniem do zabawy prosimy o zapoznanie się z zasadami.
czwartek, 11 października 2018
Nimfa. Strona 29
Własny, prywatny, wymarzony, doskonały świat to pokusa, której większość ludzi, co tam większość, nikt nie umiałaby się oprzeć. Nawet ona Afrodyta, chętnie by się skusiła tyle, że pod jednym warunkiem, żadnych gór nawet takich łagodnych i żadnej przerażającej dziczy. Postawiłaby na egzotyczną, ciepłą, ale taką bezpieczną bez huraganów, orkanów, tsunami i oczywiście bez jadowitych zwierzątek, wyspę. A w wodzie nie byłoby rekinów, co to mają zbyt dużo zębów, parzących meduz i niczego, co mogłoby jej zaszkodzić albo pokłóć, czy ugryźć. I koniecznie musiałby tam być złoty, drobniutki niczym pył piasek i błękitny ocean. W jej świecie nie byłoby żadnego głupiego chodzenia bez celu i okropnego bólu łydek. Wygodny leżak, albo jeszcze lepiej wygodny hamak, tak w jak reklamach biur podróży i parasol dający osłonę przed słońcem, to było to, czego potrzebowała. I koniecznie palma, co to pięknie pochyla się nad oszałamiającym błękitem wody.
-Głupie wy, głupie, gdzie by zmieściły w kieszeni?
To było raczej pytanie retoryczne, żadna z sióstr nie podjęła tematu, może, dlatego, że żadna z nich nie miała tak pojemnych kieszeni, by pomieścić swój idealny świat.
-Dużo was jest? Takich jak ty? – Spytała babcię
-Jedyna, prawdziwa, jedyna, ale są też inne jedyne, prawdziwe. Jak ja, trwać muszą. Niezliczone, samotne, obce. Kosmos potrzebuje takich prawdziwych, innych.
Jeśli to cokolwiek tłumaczyło, to na pewno nie Afrodycie, po cichu liczyła na bardziej konkretną odpowiedź. To chyba naturalne, że chciała wiedzieć, kim, tak naprawdę jest jej własna babcia, ale jeszcze bardziej chciała zrozumieć, kim jest ona sama i czego może się po sobie spodziewać. To nie była zwykła próżność, czy nadmierna ciekawość. Czy może jeszcze gorsza wścibskość. Korzenie są ważne dla każdego człowieka, dają tożsamość, na której można budować teraźniejszość i przyszłość, w jakiś sposób ukierunkowują pragnienia i określają miejsce, do którego się dąży. A przede wszystkim dają siłę, sprawiają, że nie zdmuchnie cię byle wietrzyk niepowodzenia, zapuszczone głęboko utrzymają, gdy ktoś będzie chciał zająć twoje miejsce, odebrać dobre imię i spokojne sny. Odebrano jej wszystko, na czym mogłaby się oprzeć, nie miała pojęcia, kim jest, ani kim powinna się stać wraz z upływem czasu. Nie wiedziała, co jest jej pisane, z czym mogła walczyć, a co zaakceptować. Była niczym małe, zagubione we mgle dziecko, nic tylko płakać. Matka, jeśli prawdą jest to, co usłyszała od babci, jest kimś zupełnie innym niż ta osoba, którą wydawało się, że znała całe życie. Niezrozumiałym, obcym bytem, z którym nic jej nie łączy i jak się okazuje nigdy nie łączyło. Jest osobą, która w imię jakiś debilnych, okrutnych, wynaturzonych wierzeń, czy tradycji chciała brutalnie skrzywdzić swoje, jedyne dziecko. Zabrać jej to, co najważniejsze, radość życia. Może nawet chciała stać i spokojnie patrzeć na to jak zwyrodnialcy, którzy jej zapłacili za swoje chore fantazje, zgwałcą jej córkę. Niestety tego Afrodyta nie mogła tego wykluczyć, a naprawdę bardzo by chciała, mimo wszystko chciała wierzyć, że matka nie jest, aż takim potworem. Te wszystkie rozważania zbudowane na strzępach informacji przypominały niebezpieczny spacer po grzęzawisku, albo po stromych górach bez zabezpieczenia, tych, których tak szczerze nie cierpiała. Bała się, ciągle się bała i to zaczynało ją doprowadzać do furii. Dobijała ją świadomość, że w jej życiu nie było nikogo, do kogo mogłaby zwrócić się o radę, albo choćby mglistą wskazówkę, kogoś, kto byłby oparciem. Może to głupie, ale babci ani siostrom tak do końca nie ufała. Wszystkie trzy mówiły jej tylko tyle, ile dla nich było w tym momencie wygodne. Może i siostry nie miały złych intencji, ale dla niej to było stanowczo za mało, chciała czegoś, co pozwoli się jej zakorzenić. To był ten czas, kiedy dramatycznie potrzebowała kogoś, kogo mogłaby nazwać przyjacielem, takim najnormalniejszym z normalnych. Ta osoba mogłaby być nawet najnudniejszym człowiekiem na świecie byleby tylko wysłuchała tych wszystkich wątpliwości i strachów, które nosi w sobie i potrząsnęła nią. Kazała obudzić, ewentualnie iść się leczyć.
-Idą, bo w kamień się zmienią.
Koniec postoju. Afrodyta żałowała, że w ogóle otworzyła buzię, może gdyby nie zadawała niewygodnych pytań, mogłaby dłużej siedzieć na miękkim, przyjacielskim kocyku. Bolały ją całe nogi, uda i łydki paliły żywym ogniem, a stopy rwały jak zmiażdżone. Nieprzyjemnie zdawała sobie sprawę z istnienia każdego mięśnia, nic nie pomogło masowanie, ani krótki odpoczynek. Nawet ciasto czekoladowe nie pomogło. Kolana w ramach solidarności postanowiły o sobie w bardzo nieprzyjemny sposób przypomnieć. Nie wspominając o plecach, które chyba postanowiły żyć własnym życiem, niekoniecznie uwzględniając, że są częścią zbolałego ciała. W jej rzeczywistości niezaistniała jeszcze konieczności szarpania się z ciężarami, nie musiała nawet dźwigać zakupów, miała tylko pięknie wyglądać. Nienauczone do wysiłku ramiona szczypały, rwały, pulsowały jak wściekłe Afrodyta nie miała pojęcia jak zdoła założyć plecak nie mówiąc o tym, że musi go dalej nieść. To jakiś koszmar, kara za grzechy. Co do pięknych widoków widziała już wystarczająco dużo, kilka więcej, czy inna perspektywa nie miały już żadnego znaczenia. Była w takim stanie, że nic już nie było jej wstanie zachwycić, zauroczyć. Jedyne, czego pragnęła to wrócić do domu. Przeszły kawał tego dziwnego świata i powrót z tego miejsca będzie prawdziwą męczarnią. Nie było sensu pchać się dalej, to była czysta głupota i niepotrzebne okrucieństwo. Niestety nikt nie miał zamiaru słuchać jej argumentów.
czwartek, 4 października 2018
Nimfa. Strona 28
-Po, co?- Babcia zdziwiła się bardzo przekonująco. Zrobiła to tak dobrze, że można by wręcz uwierzyć, że jest subtelnym, słodkim aniołkiem, co to nie grzebie ludziom w głowach i nie kontroluje wszystkiego wokół, udając niezbyt rozgarniętego Yodę. Urodzona aktorka, powinna mieć kilka figurek akademii filmowych, ustawionych przy łóżku w sypialni, albo w łazience.
Afrodyta wylizując okruszki ciasta z kącików ust, usilnie próbowała analizować odpowiedź i grę ciała babci. Z braku wyraźnych wskazówek i pewnych danych, przyjęła dość odważną tezę, że to miejsce to zamknięta przestrzeń. Nierealna, a jednak jak najbardziej prawdziwa. To nie żadna sztuczka, nie, nie kino, ani umiejętna zabawa optyką, była tego pewna na sto procent. Nie chodziło o omamienie zmysłów, ani o zwykłe oszustwo, uliczne kuglarstwo. Tylko, o co? Tego już nie była pewna.
Franciszka sięgnęła po następny kawałek ciasta, wcale nie przejmując się kaloriami, równocześnie intensywnie przyglądała się Afrodycie. Wyglądała na mocno zaintrygowaną. Leontyna, choć widać było, że bardzo ma ochotę coś dodać od siebie, siedziała cicho. Afrodyta zrozumiała, że celowo oddały ciekawskiej siostrze inicjatywę. Franciszka widząc, że zbyt skupia się na obserwacji ich zachowania zamiast na babci, machnęła ręką strzepując brązowe okruchy i jednocześnie dając do zrozumienia, żeby nie przerywała tej i dla nich ciekawej rozmowy, by dalej pytała. Siostry Afrodyty ten świat, a może nawet i inne jemu podobne, oraz babcię znały dużo dłużej niż ona sama, ale widać nie koniecznie wszystko rozumiały. Bardzo prawdopodobne było, że te cuda towarzyszyły im od urodzenia i były dla nich czymś naturalnym, oczywistym. To mogło spowodować, że nie zadawały właściwych pytań. Dla niej wszystko było tak szokujące, że nie mogła ot tak przyjąć babci z dobrodziejstwem inwentarza. Mówi się, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, ale ona musiała. To było silniejsze od niej. Przy okazji okazało się, że siostry też są ciekawe odpowiedzi.
Babcia patrzyła na nią jak na szczeniaka i uśmiechała się szelmowsko, szczerząc zęby upstrzone ciemnymi okruszkami ciasta. To chyba znaczyło, że Afrodyta wyciągnęła nie do końca dobre wioski ze swoich obserwacji. Strasznie to było denerwujące, że wszystkiego musiała domyślać się sama, kombinować jak koń pod górkę, gubić się w domysłach i znikąd nie mogła spodziewać się podpowiedzi. Zadanie ze zbyt wieloma niewiadomymi, a Afrodyta nigdy nie była dobra z zadań tekstowych i matematyki.
-Tata też ma swoje góry?- Zdeterminowana spróbowała inaczej ugryźć temat.
Leontyna zamruczała coś niezrozumiale pod nosem, ale Afrodyta tknięta przeczuciem zupełnie zignorowała jej zachowanie. Nie odwróciła się, nawet katem oka nie spojrzała na siostrę. Usilnie udawała, że całą jej uwagę pochłania masowanie obolałych łydek. Zastanawiała się nawet, czy nie zdjąć butów i nie pożalić się na okropny ból stóp. Wszystko to, po to, by uzyskać jakąkolwiek odpowiedź. Dopiero, gdy sformułowała z goła niewinne pytanie, zrozumiała jak ważna będzie odpowiedź. Może dowiedzieć się wiele więcej o własnej rodzinie, a może nawet przy odrobinie szczęścia przy okazji wyda się, kim tak naprawdę jest babcia. To, że może się przy okazji okazać, że kiedyś i ona będzie zdolna do kreowania rzeczywistości według własnych potrzeb i umiejętności, jakoś nie bardzo ją kręciło. Za dużo zachodu, gdy prawdziwy świat jest taki piękny i zróżnicowany.
-Głupia nie jest, czasami- Szybko skorygowała swą wypowiedź babcia.- Myślenie praca ciężka, ale potrafi jak chce nawet nimfa. Chyba podrzutek, jajo kukułki, czy co?
-A tak można? Babciu, czy każdy z nas może mieć taki kawałek raju na własność?- Zainteresowała się Leontyna, a oczy jej świeciły niczym kotu na widok wędzonej ryby.
Dla Leontyny i Franciszki pomimo zażyłości, która niewątpliwie między nimi istniała, babcia również była wielką, nienadgryzioną zagadką. Lata doświadczeń wpłynęły na ich przekonanie, że zadawanie pytań w tej rodzinie nie ma głębszego sensu. Pewnie dawno temu sobie odpuściły, nikt nie lubił goryczy rozczarowania. Zresztą ileż razy można tłuc głową o ścianę, wcześniej czy później przychodzi refleksja, że nie warto i lepiej odpuścić. Babcia miała swój plan, czy może mapę i nikomu z zewnątrz, nawet własnej rodzinie nie pozwalała nawet ukradkiem spojrzeć. Tajemnica rzecz święta. Trwały tyle lat szczęśliwie we trzy w tym układzie, który tak naprawdę nie krzywdził nikogo, do czasu, gdy pojawił się nowy, zaskakujący i ciekawski element. Trzecia wnuczka to zmiany. Afrodyta, gdy tylko stanęła przed furtką tego okropnego domu, zburzyła obowiązujący w tej rodzinie porządek rzeczy, a w każdym razie mocno wstrząsnęła jego posadami. Babcia nie wyglądała na szczególnie poirytowaną tym faktem. I tak cała władza i wiedza skupiała się w jej rękach, chyba, że w ponaciąganych, kolorowych beretach.
środa, 19 września 2018
Nimfa. Strona 27
-Siada, zje trochę sobie, sił nabierze, bo blada coś podejrzanie. Słabowite to takie, że aż strach- Stwierdziła babcia drapiąc się po pośladku. Słowa te oznaczały, wymarzoną przez ledwo powłóczącą nogami Afrodytę, przerwę w marszu.
Tylko przez ułamek sekundy pomyślała, że być może babci nie spodobał się kierunek, w jakim podążały jej rozważania o alternatywnych rzeczywistościach. Szybko jednak przepędziła tę myśl, uznając ją za niedorzeczną. Zresztą na tym etapie wycieczki było jej już wszystko jedno, chciała tylko usiąść i zdjąć to ciężkie ustrojstwo, które kazano jej nosić niczym za karę, z pleców, a potem niech się dzieje, co chce.
-Już?- Mocno zdziwiła się Leontyna, która wcale nie wyglądała na zmęczoną, a wręcz na zadowoloną to, co było dla Afrodyty katorgą dla niej było przyjemnością.
-Może jak chce, iść sobie, trzymać nie będę siłą- Babcia wzruszyła chudymi ramionami i wyciągnęła ze swojego plecaka kraciasty, wełniany koc. Jak zwykle nie miała zamiaru tłumaczyć się z własnych decyzji, to ona była tu od rządzenia, one mogły tylko słuchać.- Drogę zna, wie gdzie trzeba patrzeć.
-Babciu, a zabrałaś dziś to swoje pyszne ciasto czekoladowe?- Franciszka, aż się oblizała na samą myśl.
To pytanie niczym tajemne, mocne zaklęcie wyrwało z marazmu Afrodytę, która jeszcze sekundę temu nienawidziła całego świata i nie pragnęła niczego innego, jak zwinąć się w kłębek i usnąć. Teraz pomyślała, że tak, stanowczo ona też miała ochotę na dobre ciasto czekoladowe, na nie zawsze był dobry czas, nawet globalna katastrofa, czy jakiś ogromny kataklizm tego nie zmienią. Można umierać ze zmęczenia, nie mieć siły nawet na to by kiwnąć palcem, a wtedy by odmienić los wystarczy kawałek dobrego ciasta czekoladowego. Cudo, które smakiem i aromatem postawi na nogi największą łamagę, to było coś, czego właśnie teraz było potrzeba wykończonej i zmęczonej do granic wytrzymałości Afrodycie. Ciasto czekoladowe to magia, ta najprawdziwsza z prawdziwych. Afrodyta z natury była łakoma, matka tego nie akceptowała, przy każdym cukierku, czy kawałku ciasta straszyła ją, że pójdzie jej w biodra i niechybnie szybko zamieni się w prawdziwego wieloryba. Słodycze to był podstępny wróg, którego pomimo jej rachitycznym próbom protestu, całkowicie wyeliminowały z diety. Widać dla babci problem słodyczy był problemem sztucznym i wcale nie spędzał jej snu z powiek, ani nie wzbudzał poczucia wina. Afrodyta zastanawiała się, czy to nie przypadkiem, dlatego, że babcia nie musiała dbać o figurę. Tak prawdę mówiąc nawet tona, czy dwie słodyczy by jej wcale nie zaszkodziły, jeden guz w tę czy w tamtą nie miał znaczenia.
-A, co miała nie brać?- Babcia aż poprawiła beret, zadziwiona pytaniem wnuczki
-To wszystko twoje?- Afrodyta patrząc w przepaść pełną skalnych odłamków, rozpoczynającą się kilka kroków od kraciastego miłego w dotyku kocyka, zdała sobie sprawę z rozmiarów gór. Nieostrożność w takim miejscu może skończyć się kalectwem lub śmiercią. Patrząc w przepaść wręcz widziała na kamieniu tym z lewej, większym niż szafa trzydrzwiowa swe powykręcane nienaturalnie ciało i kałużę krwi. Kto by przyszedł jej z pomocą, babcia? Na linach niczym alpinista zeszła by na dół, a może nie potrzebowała nawet lin? Przyleciałby helikopter z ratownikami? Może babcia do kompletu miała swój własny szpital z miłymi lekarzami, którzy nie patrzyli na pacjenta, jak na natręta lub paczkę gwoździ. Miejsce gdzie pielęgniarki uśmiechały się, a niezabiegane i zmęczone odpowiadały opryskliwie na każde zadane pytanie?
-Yhy- Odpowiedziała babcia, podając Afrodycie całkiem spory kawałek ciasta. W żaden sposób nie zareagowała na strach wnuczki, a przecież powinna ją uspokoić, zapewnić, że są bezpieczne i wszystko jest pod kontrolą. Że w tych górach nie zdarzy się żaden wypadek. Tak chyba być nie powinno, Afrodyta potrzebowała trochę uczucia, wsparcia, choćby drobny okruszek. Tak, zwyczajnie po ludzku, potrzebowała wsparcia.
-Sama stworzyłaś? – Spytała z zachłannością wąchając czekoladowe cudo.
-Yhy. Wierzy w siłę.- Babcia próbowała wpakować sobie w usta naprawdę duży kawałek ciasta. Tak duży, że nie mógł się zmieścić się w nich w całości, więc okruchy okleiły jej błękitno-różowy podkoszulek.
Czy zapychanie się ciastem to był tylko zwykły wybieg, by nic więcej nie mówić? Nie musiała aż tak się starać, mogła jak to miała w zwyczaju zbyć milczeniem pytanie Afrodyty, albo wyzwać od głupich. Yhy też odpowiedź, mogła tylko zdenerwować, bo można ją interpretować na wiele sposobów i chyba o to właśnie babci chodziło. Nie ufała wnuczkom? Czy tylko Afrodycie? Fakt, zbyt krótko się znały, by nawiązać tę szczególną więź opartą na zaufaniu, ale nawet, jeśli Afrodyta nie wydawała się godna zaufania to, co ona mogła zrobić z taką wiedzą? Gdyby tylko próbowała komuś powiedzieć, że jej babcia ma swój świat, w którym tworzy góry uznano by ją za wariatkę. I słusznie, dla takich, co opowiadają takie historie istnieją pokoje bez ostrych kantów i klamek.
-Nie znajdę takich gór na żadnej z map? – Spróbowała podejść babcię, pamiętając o tym, że kropla kruszy skały. Jeszcze raz powąchała swój rozkosznie pachnący kawałek ciasta i poczuła jak ślina napływa jej do ust. Nie mogła już dłużej odkładać tej chwili, wgryzała się w czekoladowe cudo. Było pyszne, tak jak się tego spodziewała. Tak, prawdę mówiąc najlepsze, jakie w życiu jadła. Babcia znała się na ciastach. Na górach niestety też.
-Nie szuka.- Opowiedziała babcia z pełną buzią ciasta, przyglądając się wnuczce badawczo, a w oczach przez chwilę zamigotały jej jasne płomyki.-Szkoda czasu i zapału jej. Nie ma nic lepszego do roboty? Zajęcie dla głowy i rąk, jak mocno chce, znaleźć jej mogę.
-Czy ktoś obcy, nie z rodziny- uściśliła Afrodyta, która poczuła wiatr w żaglach i chciała z tej chwili wyciągnąć jak najwięcej- może tu wejść?
sobota, 25 sierpnia 2018
Nimfa. Strona 26
-Wierzy w siłę, nie w słabość. Patrzy i nie myśli za dużo, to szkodzi jej.- Poradziła całkiem przyjaźnie babcia, po czym nie czekając na reakcję wnuczki, ruszyła przed siebie niczym kozica.
-Tu wszystko jest jak najbardziej realne, to nie jest serial babci. Jeśli, czego ci oczywiście nie życzę, rozwalisz kolano, to będzie krwawić, boleć, czy co tam jeszcze jest w wachlarzu nieszczęść nawet, jeśli stąd wyjdziemy. Podejdź do tego poważnie- Ostrzegła ją Franciszka, poprawiając plecak.
Nie podobało się jej to, co widziała wokół siebie. Z lewej strony świat nieprzyjemnie zasłaniały strome, prawie pionowe, kamienne, przerażające ściany. Dzikie i poszarpane kojarzące się z rozbitą butelką, chropowate skały. Gołe jak gdyby wszystko, co żywe uciekało, nie chciało mieć do czynienia z tym niegościnnym kawałkiem świata, okopcone czernią taką prawie piekielną, przygnębiające. Tak nieprzystępne, że nie musnęła ich ani rachityczna zieleń mchów, ani nawet przybrudzone lodowe języki. Z prawej strony nie było wcale lepiej ostra, postrzępiona, gęsto nabijana kamiennymi szpilami grań, przerażała. Musiała jednak przyznać, że w tej grozie czaiło się piękno takie zimne, zbyt trudne do opisania zwykłymi słowami, urzekające. Tyle, że do niej nie przemawiał akurat ten rodzaj estetyki może, dlatego, że zbyt szybko poczuła ból w łydkach. Nie skarżyła się wiedząc, że nic to nie da, w końcu przed chwilą babcia niczym zielony yoda z „Gwiezdnych Wojen” kazała wierzyć w siłę. Szła przed siebie, bo nie miała innego wyjścia, zawzięcie walcząc z coraz to bardziej rozrastającą się w niej niechęcią i rezygnacją. Bez najmniejszej choćby iskry wiary, wmawiając sobie, że ta cała wyprawa może się jej jeszcze spodobać, jednocześnie motywowana resztkami rozsądku pilnując, by nie zostać zbytnio w tyle. Szła i szła bolały ją łydki, nienawidziła wszystkich i całego świata, a na dodatek brakowało jej już słów by wyrazić swoją frustrację. Oślepiona słońcem, gdy ocierała rękawem pot z czoła, zauważyła na niemal pionowym, kamiennym stoku zmieniające swe położenie czarne plamy, przyglądała się im nie zwalniając kroku, by ze zdziwieniem uzmysłowić sobie, że te czarne plamy to zbiegające kozice. Oczywiście zszokowana tym odkryciem zapomniała, że trzeba uważać na wystające kamienie i potknęła się jak jakaś bezmyślna niemota. Ciężki plecak przeważył, przez chwilę walczyła, próbowała załapać równowagę, ale od początku była skazana na przegraną w tej nierównej walce z ze światem i ciężarem, którego nie powinna nosić na plecach. Wylądowała na kolanach, podpierając się rękami, by nie upaść na twarz. To było strasznie upokarzające i nie wiedziała, co zrobić, by zmień ten stan rzeczy. Trwało chwilę zanim zdała sobie sprawę, że piecze ją skóra dłoni, poraniona o drobne kamyczki, mimo to właśnie w tej chwili znalazła pozytyw, zwyczajnie ucieszyła się, że zdołała się uchronić twarz przed zderzeniem ze zdradziecką ścieżką.
-Musi głupia wiedzieć, co ważniejsze, bo się zabije jeszcze, głowę ma niech używa, pilnować jak niemowlaka ochoty nie mam ja- Babcia złapała ją za plecak i uniosła do góry, stawiając na nogach. Zupełnie tak, jakby podnosiła małego psiaka. Nawet się nie zastanawiała jak to w ogóle możliwe, że tak niska i chuda istota mogła nią podrzucać jak piórkiem. Widziała już przecież w kuchni jak babcia potrafi wbrew wszelkiej logice rozciągać swe ciało do nieludzkich rozmiarów, a teraz do kompletu dowiedziała się, że jest mocarzem. Wymamrotała po nosem podziękowanie, otrzepała dłonie, z których na szczęście nie ciekła krew, po czym wytarła je o spodnie. Mogła iść dalej, choć bardzo tego nie chciała.
Musiały iść, co najmniej ze dwie godziny, choć jej wydawało się, że minęły już całe wieki, maszerowały wąską ścieżką ułożoną z miarę równych kamieni. Niby wyimaginowany świat, a ktoś zadał sobie trud i zadbał o komfort piechurów, a może właśnie, dlatego, że wymyślony, dlatego przyjazny, by namieszać w głowach, by za chwilę nieprzyjemnie zaskoczyć? Czuła, że jeśli nie odpocznie, to nogi zwyczajnie odmówią jej posłuszeństwa i zmienią się dwa nieruchome, kamienne słupy. Ze zmęczenia i braku nadziei wrośnie w ścieżkę i zostanie tu na zawsze niczym posąg, przestroga dla innych, nierozważnych wędrujących. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy bywał tu ktoś inny niż babcia i osoby, które dostępują zaszczytu dotrzymania jej towarzystwa, nawet, jeśli robią to w brew własnej woli? Nie miała pojęcia. Może to wcale nie był świat babci, a ona jedynie znalazła do niego drogę i korzystała za przyzwoleniem prawdziwego właściciela? Tylko, kim on mógł być? Kto był na tyle potężny i mądry, że mógł stworzyć swoją wersję rzeczywistości? Babcia była wyjątkowa i bardzo mocno wykraczała poza ramy tego, co w zwyczajnym życiu rozumiemy, jako normalność, ale czy była aż tak potężna, czy starczyłoby jej sił i umiejętności? Miała serdecznie dość tej całej wycieczki, pytań bez odpowiedzi, niewiedzy i bólu. Stało się w końcu to, czego się jeszcze przed chwilą obawiała, stała w miejscu, nie zdolna się poruszyć, nie mogła nawet poruszyć placami w butach, nogi stanowczo odmówiły posłuszeństwa. Mogą na nią krzyczeć ona dalej nie pójdzie. Na nic sztuczki babci, może ją straszyć do woli.
sobota, 18 sierpnia 2018
Nimfa. Strona 25
W kuchni stały cztery wielkie, czerwone, zapakowane po brzeg plecaki, na sam ich widok niebezpiecznie ugięły się pod nią kolana. Nie dość, że będzie musiała łazić bez sensu, jak jakaś głupia, czy opętana, to jeszcze przy okazji każą jej dźwigać ciężary. To nie jest odpowiednie zajęcie dla kobiet, a na pewno nie dla niej. Jeśli wcześniej myślała, że nie ma ochoty na wycieczkę to, teraz korciło ją, by w ramach protestu rzucić się z pazurami na babcię. Góry, których szczerze nie cierpiała, kilometry, od których odechce się jej żyć, ciężary, które przytłoczą i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało to, pewnie nie wiadomo jak długo będą tłuc się brudnym, śmierdzącym i wolnym pociągiem. Bo jak inaczej? Babcia nie wyglądała na kogoś, kto potrafi prowadzić auto. Zresztą zardzewiała i zarośnięta jakimś zielskiem brama wyglądała na nieużywaną od wieków, co było dla niej wystarczającym dowodem na to, że na tej posesji nie parkuje żaden samochód. To nie będzie udany dzień, wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadały nadchodzący, niewyobrażalny koszmar. Śniadanie zjadła szybko, nie zwracając uwagi na smak i konsystencję jej myśli całkowicie zajmowały próby wymyślenia jak wykręcić się z tej kabały. Całkiem poważnie rozważał, czy nie zasymulować choroby, tyle, że chyba babcia nie da się nabrać na taką symulację. Afrodyta była wściekła bardzo wściekła, każdą komórką swego ciała i nawet przestrzenią, która ją otaczała, nie rozumiała, dlaczego musi brać udział w tej szopce. Chciały chodzić, niech chodzą aż usranej śmierci, ale jej niech do tego nie mieszają. Miała mieć wybór i co? Nic. Dalej ktoś pociąga za sznurki i nawet się z tym nie kryje. Babcia zamierza się nad nią znęcać za jakieś wymyślone grzechy a ona nie mogła nawet zaprotestować. Tak się nie robi.
-Nie musi chcieć. Dobrze zrobi wietrzenie jej- Babcia radosna jak skowronek, popukała się znacząco w beret koloru niezapominajek. Pomimo, że wnuczkom przygotowała ciepłe swetry i kurtki, sama zadowoliła się porozciąganym, błękitnym podkoszulkiem w różowe dość pokraczne króliczki. Niekształtne spodnie dresowe, której do tej pory nosiła z niezrozumiałym upodobaniem, zostały zastąpione pocerowanymi bojówkami, które kiedyś dawno temu w okresie świetności i jeszcze chwilę po nim prawie na pewno były czarne. Do kompletu dobrała jeszcze urocze trampki, w stanie wskazującym dokładne przeżucie przez zwierzę o całkiem ostrych i dużych zębach, zasznurowane poplątanymi i pełnymi węzłów sznurówkami. Wyglądała groteskowo tak jak gdyby uciekła z podupadłego cyrku albo z domu wariatów. Czyli wszystko było w normie. Tylko, dlaczego Afrodyta musiała brać w tym udział?
Góry, nie żeby ją to bardzo zszokowało, zaczynały się zaraz za drzwiami wyjściowymi, zupełnie tak jakby wyszły nie z domu babci, ale ze schroniska albo z kolejki górskiej. Najczystsza forma obłędu, wyrastające w nocy sporych rozmiarów góry i to w samym środku miasta. Wyskakujące niczym królik z kapelusza, góry sprawiły, że obyło się bez koszmarnego, zwyczajnego, ciągnącego się jak flaki z olejem pociągu, na który nie miała wcześniej ochoty Afrodyta. Widząc za progiem te przerażające, wysokie i strome góry nie mogła przeboleć braku pociągu, nie wiedzieć, czemu, ale w tej chwili wydał się jej miły i swojski. W pociągu mogłaby usiąść wygodnie i zdrowo poużalać się nad sobą. W drugiej klasie liceum była na wycieczce szkolnej. Jeden jedyny raz, bo tylko na tę dostała pozwolenie od mamy. Do tej pory Afrodyta zastanawiała się, dlaczego właśnie wtedy matka pilnująca jej niczym smoczyca swych cennych jaj, pozwoliła wyjechać. Nie miała zielonego pojęcia, ale to było dziwne, ta nagła niekonsekwencja matki. Tak się złożyło, że to był wyjazd do Zakopanego, nie wspominała go dobrze. Może, dlatego, że dziewczyny, z którymi dzieliła pokój w pensjonacie okazywały jej jawną niechęć? Nie wspominając o istotniejszych niedogodnościach, już pierwszego dnia buty, które żadną miarą nie nadawały się na górskie wędrówki, obtarły ją do krwi wręcz masakrując pięty. Zmarzła wtedy też tak strasznie, że całą noc za nic nie mogła się rozgrzać. Nie pokochała gór, nawet ich nie polubiła, wręcz przeciwnie. Teraz niestety miała powtórkę z rozrywki, bo rozpościerał się przed nią krajobraz prawie taki jak po wyjściu z kolejki na Kasprowym. Nie, tak prawdę mówiąc to o wiele gorszy, surowszy, groźniejszy i nie mogła się wycofać. Na przekór sobie musiała iść. Wiedziona jakimś impulsem zadarła głowę do góry, by dać upust beznadziejności, którą nią zawładnęła, zawyć jak zraniony wilk, ale zrezygnowała. Zamiast wykrzyczeć swój ból spojrzała z rozpaczą na stopy. Może buty, które wybrała babcia nie zmasakrują jej stóp, nie zmienią ich w siekane kotlety. Nowe, nierozchodzone obuwie na taką wyprawę to nie mogło się udać. Nic się dziś nie mogło udać.
Słońce niczym przybite gwoździem zawisło wyblakłą, nieregularną plamą tuż nad jednym z ostro zakończonych wierzchołków gór. Kamienny szpikulec zdawał się agresywnie mierzyć w nierozgrzaną jeszcze z rana do czerwoności plamę, grożąc rozdarciem lub choćby okaleczeniem. Niebo strasząc bladym błękitem nad ich głowami tylko gdzieniegdzie upstrzone było jeszcze nieprzetartą szarością poranka, wydawało się być bezchmurne. To w ocenie Afrodyty oznaczało, że niestety mają szansę na ładną pogodę, choć słyszała, że ta w górach lubi zmieniać się jak w kalejdoskopie. Buty, pomimo iż nowe po kilku krokach okazały się być bardzo wygodne, chyba niepotrzebnie obawiała się natychmiastowego zadawania bólu z ich strony, jeśli zawiodą to nie od razu. Kurtka zaś dawała wystarczająco dużo ciepła, chroniąc przed chłodem poranka. Senność przegrała konfrontację z ostrym górskim powietrzem. Niestety rześkość poranka nie wpłynęła na jej marne samopoczucie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



