środa, 19 września 2018

Nimfa. Strona 27






-Siada, zje trochę sobie, sił nabierze, bo blada coś podejrzanie. Słabowite to takie, że aż strach- Stwierdziła babcia drapiąc się po pośladku. Słowa te oznaczały, wymarzoną przez ledwo powłóczącą nogami Afrodytę, przerwę w marszu.
Tylko przez ułamek sekundy pomyślała, że być może babci nie spodobał się kierunek, w jakim podążały jej rozważania o alternatywnych rzeczywistościach. Szybko jednak przepędziła tę myśl, uznając ją za niedorzeczną. Zresztą na tym etapie wycieczki było jej już wszystko jedno, chciała tylko usiąść i zdjąć to ciężkie ustrojstwo, które kazano jej nosić niczym za karę, z pleców, a potem niech się dzieje, co chce.
-Już?- Mocno zdziwiła się Leontyna, która wcale nie wyglądała na zmęczoną, a wręcz na zadowoloną to, co było dla Afrodyty katorgą dla niej było przyjemnością.
-Może jak chce, iść sobie, trzymać nie będę siłą- Babcia wzruszyła chudymi ramionami i wyciągnęła ze swojego plecaka kraciasty, wełniany koc. Jak zwykle nie miała zamiaru tłumaczyć się z własnych decyzji, to ona była tu od rządzenia, one mogły tylko słuchać.- Drogę zna, wie gdzie trzeba patrzeć.
-Babciu, a zabrałaś dziś to swoje pyszne ciasto czekoladowe?- Franciszka, aż się oblizała na samą myśl.
To pytanie niczym tajemne, mocne zaklęcie wyrwało z marazmu Afrodytę, która jeszcze sekundę temu nienawidziła całego świata i nie pragnęła niczego innego, jak zwinąć się w kłębek i usnąć. Teraz pomyślała, że tak, stanowczo ona też miała ochotę na dobre ciasto czekoladowe, na nie zawsze był dobry czas, nawet globalna katastrofa, czy jakiś ogromny kataklizm tego nie zmienią. Można umierać ze zmęczenia, nie mieć siły nawet na to by kiwnąć palcem, a wtedy by odmienić los wystarczy kawałek dobrego ciasta czekoladowego. Cudo, które smakiem i aromatem postawi na nogi największą łamagę, to było coś, czego właśnie teraz było potrzeba wykończonej i zmęczonej do granic wytrzymałości Afrodycie. Ciasto czekoladowe to magia, ta najprawdziwsza z prawdziwych. Afrodyta z natury była łakoma, matka tego nie akceptowała, przy każdym cukierku, czy kawałku ciasta straszyła ją, że pójdzie jej w biodra i niechybnie szybko zamieni się w prawdziwego wieloryba. Słodycze to był podstępny wróg, którego pomimo jej rachitycznym próbom protestu, całkowicie wyeliminowały z diety. Widać dla babci problem słodyczy był problemem sztucznym i wcale nie spędzał jej snu z powiek, ani nie wzbudzał poczucia wina. Afrodyta zastanawiała się, czy to nie przypadkiem, dlatego, że babcia nie musiała dbać o figurę. Tak prawdę mówiąc nawet tona, czy dwie słodyczy by jej wcale nie zaszkodziły, jeden guz w tę czy w tamtą nie miał znaczenia.
-A, co miała nie brać?- Babcia aż poprawiła beret, zadziwiona pytaniem wnuczki
-To wszystko twoje?- Afrodyta patrząc w przepaść pełną skalnych odłamków, rozpoczynającą się kilka kroków od kraciastego miłego w dotyku kocyka, zdała sobie sprawę z rozmiarów gór. Nieostrożność w takim miejscu może skończyć się kalectwem lub śmiercią. Patrząc w przepaść wręcz widziała na kamieniu tym z lewej, większym niż szafa trzydrzwiowa swe powykręcane nienaturalnie ciało i kałużę krwi. Kto by przyszedł jej z pomocą, babcia? Na linach niczym alpinista zeszła by na dół, a może nie potrzebowała nawet lin? Przyleciałby helikopter z ratownikami? Może babcia do kompletu miała swój własny szpital z miłymi lekarzami, którzy nie patrzyli na pacjenta, jak na natręta lub paczkę gwoździ. Miejsce gdzie pielęgniarki uśmiechały się, a niezabiegane i zmęczone odpowiadały opryskliwie na każde zadane pytanie?
-Yhy- Odpowiedziała babcia, podając Afrodycie całkiem spory kawałek ciasta. W żaden sposób nie zareagowała na strach wnuczki, a przecież powinna ją uspokoić, zapewnić, że są bezpieczne i wszystko jest pod kontrolą. Że w tych górach nie zdarzy się żaden wypadek. Tak chyba być nie powinno, Afrodyta potrzebowała trochę uczucia, wsparcia, choćby drobny okruszek. Tak, zwyczajnie po ludzku, potrzebowała wsparcia.
-Sama stworzyłaś? – Spytała z zachłannością wąchając czekoladowe cudo.
-Yhy. Wierzy w siłę.- Babcia próbowała wpakować sobie w usta naprawdę duży kawałek ciasta. Tak duży, że nie mógł się zmieścić się w nich w całości, więc okruchy okleiły jej błękitno-różowy podkoszulek.
Czy zapychanie się ciastem to był tylko zwykły wybieg, by nic więcej nie mówić? Nie musiała aż tak się starać, mogła jak to miała w zwyczaju zbyć milczeniem pytanie Afrodyty, albo wyzwać od głupich. Yhy też odpowiedź, mogła tylko zdenerwować, bo można ją interpretować na wiele sposobów i chyba o to właśnie babci chodziło. Nie ufała wnuczkom? Czy tylko Afrodycie? Fakt, zbyt krótko się znały, by nawiązać tę szczególną więź opartą na zaufaniu, ale nawet, jeśli Afrodyta nie wydawała się godna zaufania to, co ona mogła zrobić z taką wiedzą? Gdyby tylko próbowała komuś powiedzieć, że jej babcia ma swój świat, w którym tworzy góry uznano by ją za wariatkę. I słusznie, dla takich, co opowiadają takie historie istnieją pokoje bez ostrych kantów i klamek.
-Nie znajdę takich gór na żadnej z map? – Spróbowała podejść babcię, pamiętając o tym, że kropla kruszy skały. Jeszcze raz powąchała swój rozkosznie pachnący kawałek ciasta i poczuła jak ślina napływa jej do ust. Nie mogła już dłużej odkładać tej chwili, wgryzała się w czekoladowe cudo. Było pyszne, tak jak się tego spodziewała. Tak, prawdę mówiąc najlepsze, jakie w życiu jadła. Babcia znała się na ciastach. Na górach niestety też.
-Nie szuka.- Opowiedziała babcia z pełną buzią ciasta, przyglądając się wnuczce badawczo, a w oczach przez chwilę zamigotały jej jasne płomyki.-Szkoda czasu i zapału jej. Nie ma nic lepszego do roboty? Zajęcie dla głowy i rąk, jak mocno chce, znaleźć jej mogę.
-Czy ktoś obcy, nie z rodziny- uściśliła Afrodyta, która poczuła wiatr w żaglach i chciała z tej chwili wyciągnąć jak najwięcej- może tu wejść?

sobota, 25 sierpnia 2018

Nimfa. Strona 26






-Wierzy w siłę, nie w słabość. Patrzy i nie myśli za dużo, to szkodzi jej.- Poradziła całkiem przyjaźnie babcia, po czym nie czekając na reakcję wnuczki, ruszyła przed siebie niczym kozica.
-Tu wszystko jest jak najbardziej realne, to nie jest serial babci. Jeśli, czego ci oczywiście nie życzę, rozwalisz kolano, to będzie krwawić, boleć, czy co tam jeszcze jest w wachlarzu nieszczęść nawet, jeśli stąd wyjdziemy. Podejdź do tego poważnie- Ostrzegła ją Franciszka, poprawiając plecak.
Nie podobało się jej to, co widziała wokół siebie. Z lewej strony świat nieprzyjemnie zasłaniały strome, prawie pionowe, kamienne, przerażające ściany. Dzikie i poszarpane kojarzące się z rozbitą butelką, chropowate skały. Gołe jak gdyby wszystko, co żywe uciekało, nie chciało mieć do czynienia z tym niegościnnym kawałkiem świata, okopcone czernią taką prawie piekielną, przygnębiające. Tak nieprzystępne, że nie musnęła ich ani rachityczna zieleń mchów, ani nawet przybrudzone lodowe języki. Z prawej strony nie było wcale lepiej ostra, postrzępiona, gęsto nabijana kamiennymi szpilami grań, przerażała. Musiała jednak przyznać, że w tej grozie czaiło się piękno takie zimne, zbyt trudne do opisania zwykłymi słowami, urzekające. Tyle, że do niej nie przemawiał akurat ten rodzaj estetyki może, dlatego, że zbyt szybko poczuła ból w łydkach. Nie skarżyła się wiedząc, że nic to nie da, w końcu przed chwilą babcia niczym zielony yoda z „Gwiezdnych Wojen” kazała wierzyć w siłę. Szła przed siebie, bo nie miała innego wyjścia, zawzięcie walcząc z coraz to bardziej rozrastającą się w niej niechęcią i rezygnacją. Bez najmniejszej choćby iskry wiary, wmawiając sobie, że ta cała wyprawa może się jej jeszcze spodobać, jednocześnie motywowana resztkami rozsądku pilnując, by nie zostać zbytnio w tyle. Szła i szła bolały ją łydki, nienawidziła wszystkich i całego świata, a na dodatek brakowało jej już słów by wyrazić swoją frustrację. Oślepiona słońcem, gdy ocierała rękawem pot z czoła, zauważyła na niemal pionowym, kamiennym stoku zmieniające swe położenie czarne plamy, przyglądała się im nie zwalniając kroku, by ze zdziwieniem uzmysłowić sobie, że te czarne plamy to zbiegające kozice. Oczywiście zszokowana tym odkryciem zapomniała, że trzeba uważać na wystające kamienie i potknęła się jak jakaś bezmyślna niemota. Ciężki plecak przeważył, przez chwilę walczyła, próbowała załapać równowagę, ale od początku była skazana na przegraną w tej nierównej walce z ze światem i ciężarem, którego nie powinna nosić na plecach. Wylądowała na kolanach, podpierając się rękami, by nie upaść na twarz. To było strasznie upokarzające i nie wiedziała, co zrobić, by zmień ten stan rzeczy. Trwało chwilę zanim zdała sobie sprawę, że piecze ją skóra dłoni, poraniona o drobne kamyczki, mimo to właśnie w tej chwili znalazła pozytyw, zwyczajnie ucieszyła się, że zdołała się uchronić twarz przed zderzeniem ze zdradziecką ścieżką.
-Musi głupia wiedzieć, co ważniejsze, bo się zabije jeszcze, głowę ma niech używa, pilnować jak niemowlaka ochoty nie mam ja- Babcia złapała ją za plecak i uniosła do góry, stawiając na nogach. Zupełnie tak, jakby podnosiła małego psiaka. Nawet się nie zastanawiała jak to w ogóle możliwe, że tak niska i chuda istota mogła nią podrzucać jak piórkiem. Widziała już przecież w kuchni jak babcia potrafi wbrew wszelkiej logice rozciągać swe ciało do nieludzkich rozmiarów, a teraz do kompletu dowiedziała się, że jest mocarzem. Wymamrotała po nosem podziękowanie, otrzepała dłonie, z których na szczęście nie ciekła krew, po czym wytarła je o spodnie. Mogła iść dalej, choć bardzo tego nie chciała.
Musiały iść, co najmniej ze dwie godziny, choć jej wydawało się, że minęły już całe wieki, maszerowały wąską ścieżką ułożoną z miarę równych kamieni. Niby wyimaginowany świat, a ktoś zadał sobie trud i zadbał o komfort piechurów, a może właśnie, dlatego, że wymyślony, dlatego przyjazny, by namieszać w głowach, by za chwilę nieprzyjemnie zaskoczyć? Czuła, że jeśli nie odpocznie, to nogi zwyczajnie odmówią jej posłuszeństwa i zmienią się dwa nieruchome, kamienne słupy. Ze zmęczenia i braku nadziei wrośnie w ścieżkę i zostanie tu na zawsze niczym posąg, przestroga dla innych, nierozważnych wędrujących. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy bywał tu ktoś inny niż babcia i osoby, które dostępują zaszczytu dotrzymania jej towarzystwa, nawet, jeśli robią to w brew własnej woli? Nie miała pojęcia. Może to wcale nie był świat babci, a ona jedynie znalazła do niego drogę i korzystała za przyzwoleniem prawdziwego właściciela? Tylko, kim on mógł być? Kto był na tyle potężny i mądry, że mógł stworzyć swoją wersję rzeczywistości? Babcia była wyjątkowa i bardzo mocno wykraczała poza ramy tego, co w zwyczajnym życiu rozumiemy, jako normalność, ale czy była aż tak potężna, czy starczyłoby jej sił i umiejętności? Miała serdecznie dość tej całej wycieczki, pytań bez odpowiedzi, niewiedzy i bólu. Stało się w końcu to, czego się jeszcze przed chwilą obawiała, stała w miejscu, nie zdolna się poruszyć, nie mogła nawet poruszyć placami w butach, nogi stanowczo odmówiły posłuszeństwa. Mogą na nią krzyczeć ona dalej nie pójdzie. Na nic sztuczki babci, może ją straszyć do woli.

sobota, 18 sierpnia 2018

Nimfa. Strona 25





W kuchni stały cztery wielkie, czerwone, zapakowane po brzeg plecaki, na sam ich widok niebezpiecznie ugięły się pod nią kolana. Nie dość, że będzie musiała łazić bez sensu, jak jakaś głupia, czy opętana, to jeszcze przy okazji każą jej dźwigać ciężary. To nie jest odpowiednie zajęcie dla kobiet, a na pewno nie dla niej. Jeśli wcześniej myślała, że nie ma ochoty na wycieczkę to, teraz korciło ją, by w ramach protestu rzucić się z pazurami na babcię. Góry, których szczerze nie cierpiała, kilometry, od których odechce się jej żyć, ciężary, które przytłoczą i jakby tego wszystkiego było jeszcze mało to, pewnie nie wiadomo jak długo będą tłuc się brudnym, śmierdzącym i wolnym pociągiem. Bo jak inaczej? Babcia nie wyglądała na kogoś, kto potrafi prowadzić auto. Zresztą zardzewiała i zarośnięta jakimś zielskiem brama wyglądała na nieużywaną od wieków, co było dla niej wystarczającym dowodem na to, że na tej posesji nie parkuje żaden samochód. To nie będzie udany dzień, wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadały nadchodzący, niewyobrażalny koszmar. Śniadanie zjadła szybko, nie zwracając uwagi na smak i konsystencję jej myśli całkowicie zajmowały próby wymyślenia jak wykręcić się z tej kabały. Całkiem poważnie rozważał, czy nie zasymulować choroby, tyle, że chyba babcia nie da się nabrać na taką symulację. Afrodyta była wściekła bardzo wściekła, każdą komórką swego ciała i nawet przestrzenią, która ją otaczała, nie rozumiała, dlaczego musi brać udział w tej szopce. Chciały chodzić, niech chodzą aż usranej śmierci, ale jej niech do tego nie mieszają. Miała mieć wybór i co? Nic. Dalej ktoś pociąga za sznurki i nawet się z tym nie kryje. Babcia zamierza się nad nią znęcać za jakieś wymyślone grzechy a ona nie mogła nawet zaprotestować. Tak się nie robi.
-Nie musi chcieć. Dobrze zrobi wietrzenie jej- Babcia radosna jak skowronek, popukała się znacząco w beret koloru niezapominajek. Pomimo, że wnuczkom przygotowała ciepłe swetry i kurtki, sama zadowoliła się porozciąganym, błękitnym podkoszulkiem w różowe dość pokraczne króliczki. Niekształtne spodnie dresowe, której do tej pory nosiła z niezrozumiałym upodobaniem, zostały zastąpione pocerowanymi bojówkami, które kiedyś dawno temu w okresie świetności i jeszcze chwilę po nim prawie na pewno były czarne. Do kompletu dobrała jeszcze urocze trampki, w stanie wskazującym dokładne przeżucie przez zwierzę o całkiem ostrych i dużych zębach, zasznurowane poplątanymi i pełnymi węzłów sznurówkami. Wyglądała groteskowo tak jak gdyby uciekła z podupadłego cyrku albo z domu wariatów. Czyli wszystko było w normie. Tylko, dlaczego Afrodyta musiała brać w tym udział?
Góry, nie żeby ją to bardzo zszokowało, zaczynały się zaraz za drzwiami wyjściowymi, zupełnie tak jakby wyszły nie z domu babci, ale ze schroniska albo z kolejki górskiej. Najczystsza forma obłędu, wyrastające w nocy sporych rozmiarów góry i to w samym środku miasta. Wyskakujące niczym królik z kapelusza, góry sprawiły, że obyło się bez koszmarnego, zwyczajnego, ciągnącego się jak flaki z olejem pociągu, na który nie miała wcześniej ochoty Afrodyta. Widząc za progiem te przerażające, wysokie i strome góry nie mogła przeboleć braku pociągu, nie wiedzieć, czemu, ale w tej chwili wydał się jej miły i swojski. W pociągu mogłaby usiąść wygodnie i zdrowo poużalać się nad sobą. W drugiej klasie liceum była na wycieczce szkolnej. Jeden jedyny raz, bo tylko na tę dostała pozwolenie od mamy. Do tej pory Afrodyta zastanawiała się, dlaczego właśnie wtedy matka pilnująca jej niczym smoczyca swych cennych jaj, pozwoliła wyjechać. Nie miała zielonego pojęcia, ale to było dziwne, ta nagła niekonsekwencja matki. Tak się złożyło, że to był wyjazd do Zakopanego, nie wspominała go dobrze. Może, dlatego, że dziewczyny, z którymi dzieliła pokój w pensjonacie okazywały jej jawną niechęć? Nie wspominając o istotniejszych niedogodnościach, już pierwszego dnia buty, które żadną miarą nie nadawały się na górskie wędrówki, obtarły ją do krwi wręcz masakrując pięty. Zmarzła wtedy też tak strasznie, że całą noc za nic nie mogła się rozgrzać. Nie pokochała gór, nawet ich nie polubiła, wręcz przeciwnie. Teraz niestety miała powtórkę z rozrywki, bo rozpościerał się przed nią krajobraz prawie taki jak po wyjściu z kolejki na Kasprowym. Nie, tak prawdę mówiąc to o wiele gorszy, surowszy, groźniejszy i nie mogła się wycofać. Na przekór sobie musiała iść. Wiedziona jakimś impulsem zadarła głowę do góry, by dać upust beznadziejności, którą nią zawładnęła, zawyć jak zraniony wilk, ale zrezygnowała. Zamiast wykrzyczeć swój ból spojrzała z rozpaczą na stopy. Może buty, które wybrała babcia nie zmasakrują jej stóp, nie zmienią ich w siekane kotlety. Nowe, nierozchodzone obuwie na taką wyprawę to nie mogło się udać. Nic się dziś nie mogło udać.
Słońce niczym przybite gwoździem zawisło wyblakłą, nieregularną plamą tuż nad jednym z ostro zakończonych wierzchołków gór. Kamienny szpikulec zdawał się agresywnie mierzyć w nierozgrzaną jeszcze z rana do czerwoności plamę, grożąc rozdarciem lub choćby okaleczeniem. Niebo strasząc bladym błękitem nad ich głowami tylko gdzieniegdzie upstrzone było jeszcze nieprzetartą szarością poranka, wydawało się być bezchmurne. To w ocenie Afrodyty oznaczało, że niestety mają szansę na ładną pogodę, choć słyszała, że ta w górach lubi zmieniać się jak w kalejdoskopie. Buty, pomimo iż nowe po kilku krokach okazały się być bardzo wygodne, chyba niepotrzebnie obawiała się natychmiastowego zadawania bólu z ich strony, jeśli zawiodą to nie od razu. Kurtka zaś dawała wystarczająco dużo ciepła, chroniąc przed chłodem poranka. Senność przegrała konfrontację z ostrym górskim powietrzem. Niestety rześkość poranka nie wpłynęła na jej marne samopoczucie.

sobota, 21 lipca 2018

Nimfa. Strona 24.







Jeszcze rano, czyli całkiem niedawno Afrodyta liczyła, że tej nocy nadrobi braki w śnie, ale nic z tego, jej plany okazały się niewykonalne. Po tym, czego się dowiedziała o swojej rodzinie, a raczej o sobie nie ma nadziei, że się wyśpi. Wystarczyło, że przymknęła oczy i od razu prześladowała ją wizja, dorosłego, silniejszego od niej mężczyzny, brutalnie wykręcającego jej ręce, miażdżącego swym ciałem, siłą zmuszającego ją do seksu. To było tak obrzydliwe i okropne, że wstrząsnęło każdą komórką jej ciała, boleśnie rozkołysało mózg. Nie miała, co liczyć na to, że sen przyjdzie szybciej niż nad ranem, jeśli w ogóle przyjdzie. Była tak bardzo przerażona, że aż cała drżała i musiała to przyznać, że w tej chwili czuła się zupełnie zagubiona, głupia i nieporadna, nie miała pojęcia jak zadbać o własne bezpieczeństwo. Szybko się okazało, że była w wielkim błędzie. W tym domu niczego nie można było z góry zakładać, zaplanować. W pokoju pachniało lasem, takim nasączonym ciepłym letnim deszczem i trochę grzybami, ale nie za bardzo. Tak w sam raz. Usnęła, zanim zdążyła wygodnie ułożyć głowę na poduszkę. To był twardy sen, którego nie zniekształciły koszmary i nocne strachy, których tak bardzo się obawiała.
-Wstaje, ale już!- Ktoś, kto nie miał za grosz miłosierdzia wrzasnął Afrodycie tuż nad głową i to właśnie teraz, gdy śniło się jej coś naprawdę przyjemnego. Niechętnie otworzyła oczy, musiało być bardzo, ale to bardzo wcześnie, wręcz nieprzyzwoicie wcześnie.
-Wstaje, spać na starość będzie.
-Babcia?- Któż inny, głupie pytanie.
-Pięć minut ma. Tu ubrania są. Gotowa ma być czekać nie będę.- Ostrzegła całkiem poważnie babcia
Oczywiście, że Afrodyta uwierzyła, choć bardzo tego nie chciała robić, to wyskoczyła z łóżka niczym sprężyna, mimo, że wydawało się jej, że trwa to nie dłużej niż sekundę, to babci już nie było. Nie wiedziała, czym może skończyć się dla niej spóźnienie, ale wolała nie ryzykować nabywania takiej wiedzy tak wcześnie rano. Przygotowane rzeczy zbyt dobitnie jak na jej gust świadczyły o tym, że babcia zamierza wycisnąć z niej trochę potu, a może nawet więcej niż tylko trochę. Afrodyta z natury była trochę leniwa, ewentualnie dla przyjemności mogła pospacerować po lesie, byle nie zbyt długo. Sportu żadnego nigdy nie uprawiała, bo zwyczajnie nie lubiła. I nie zamierzała zmieniać swych nawyków, po co robić coś, co nie przynosi ani odrobiny przyjemności? Wolała w tym czasie poczytać dobrą książkę. Tylko jak powiedzieć o tym babci? Niestety dobrze wiedziała, że nawet gdyby miała sposobność nie przyznałaby się, nie zaprotestowała, bo zwyczajnie by się bała. Dlatego w środku nocy nieszczęśliwa i w złym humorze sznurowała ciężkie buciory do łażenia po górach, a w jej pokoju niczym duch zjawiła się Franciszka.
-Zbieraj się szybko na śniadanie, babcia podekscytowana a to znaczy, że nie skończy się na małym spacerku. No już-Pogoniła Afrodytę siostra, której najwidoczniej odpowiadało zrywanie się o tak wczesnej porze i katowanie się nie wiadomo, po, co w ciężkich, brzydkich buciorach.
-Pogniewa się jak zostanę? Nie lubię się pocić.- Tak naprawdę to chciało się jej jeszcze spać, a nie łazić bez sensu.
-Chyba sobie żartujesz, nawet jej nie pytaj chyba, że chcesz nam zafundować dodatkowe kilometry. Ja tam nie mam nic przeciw łażeniu, lubię te nasze wyprawy. Od razu cię uprzedzam, twój brak entuzjazmu nie jest zaraźliwy, więc nie znajdziesz w tej rodzinie sprzymierzeńca. Moja rada nie drażnij lwa, a tym bardziej babci.

środa, 11 lipca 2018

Nimfa. Strona 23.






Afrodyta poczuła się jak gdyby ktoś wkleił ją w kadr kiepskiego, niskobudżetowego horroru. Nie znała roli, scenariusza ani potworów czających się w kątach pokoju, w którym ją uwięziono, nie wiedziała skąd spodziewać się ataku i bólu. Od tych słów, które przed chwilą padły w wypielęgnowanej kuchni babci i koszmarów, które o mały włos by się nie ziściły wirowała jak na wielkiej karuzeli, kręciło się jej w głowie, a w żołądku obijały się jej ostre, wibrujące kamienie. Nigdy nie lubiła karuzel i starszych, obleśnych facetów. Nie, to było tak okropne, że nie potrafiła się skupić, zupełnie straciła orientację, nie mogła na niczym zatrzymać wzroku, wszystko się rozmazywało, traciło kształty i realność, od tego szaleństwa i rozhuśtanego błędnika rozbolała ją głowa. Prawdziwe kadry z jej życia mieszały się z tymi, które mogły się zdarzyć, te, od których była o krok. Fotografie i pocztówki niemające nic wspólnego ze stanem obecnym i jej doświadczeniami tak dokładnie nakładały się na siebie, że zupełnie traciła perspektywę. Przerażające doświadczenie, a i tak była pewna, że nie potrafi wyobrazić sobie nawet jednej setnej z tego, co dla niej przygotowano. Nie chciała takiego życia, nie chciała chorych rytuałów i takich obrzydliwych, zwyrodniałych tradycji. Nie chciała żadnego z tych mężczyzn, którzy otaczali matkę, za nic w świecie ich nie chciała blisko siebie. Ich ręce dotykające jej nagą skórę, piersi, nie to obrzydliwe. I usta całujące szyję, czy twarz nie, absolutnie tak stać nie mogło w żadnym wypadku. Nie pozwoli na to. Nie wie, jak, ale będzie walczyć, przeciwstawi się temu złu. Nie będzie o tym nawet myśleć, nie pozwoli się zatruć jadem, w którym chciano ją utopić. Teraz, gdy się dowiedziała o tym, co chciała jej zgotować własna rodzona matka była pewna, że raczej ucieknie na koniec świata niż wróci do domu. Nie pozwoli się tak brutalnie skrzywdzić, nie pozwoli zabić swej duszy. Będzie walczyć, znajdzie sposób.
-I tak na marginesie twój ojciec nigdy z ciebie nie zrezygnował, to twoja matka skutecznie mu utrudniała kontakt. Czy cię kocha? Nie wiem. On nigdy nie mówi o uczuciach, więc nawet nie wiem czy mnie kocha, choć go znam od urodzenia. Wiem jednak, że jesteś dla niego ważna, a na pewno nie obojętna.- Leontyna postawiła przed nią talerz z kanapkami- a teraz jedz, bo musisz mieć siły, jutro dostaniemy prawdziwy wycisk. I nie martw się już tak bardzo, teraz masz nas a my staniemy za tobą murem, nie pozwolimy skrzywdzić. Takie trio jak nasze może postawić się nawet twojej matce.
-Myślisz, że tata już wie, że ona tu jest? Zostawi dziadka i wróci?
Leontyna nie zdążyła odpowiedzieć drzwi wręcz eksplodowały. Znowu, ale tym razem nie zrobiło już to na Afrodycie wrażenia. Do kuchni wpadła babcia. Wyglądała inaczej niż wcześniej, była wyższa, mniej guzowata i co ważniejsze czerwona ze wściekłości. Nie wróżyło to niczego dobrego.
-Głupie, nic nie mówią- Zaszemrała tak, że Afrodycie autentycznie z przerażenia przeszły ciarki po plecach. Uwierzyła, że babcia byłaby zdolna do wszystkiego, a jej złość to ostatnie, czego potrzebują.
-Ale- nieśmiało próbowała powiedzieć coś na swoją obronę Franciszka.
-Jeść i nie gadać. Głupie ozory latają bez opamiętania. -Warknęła babcia, poprawiając szary porozciągany jak spodnie dresowe, które dziś nosiła, zjeżdżający na oczy beret. –Złoto milczeniem- dodała dla efektu tupiąc nogą.
Dopiero teraz zszokowana Afrodyta zauważyła, że zmian było więcej, babcia zrezygnowała z rozdeptanych kapci na rzecz wysokich, czarnych w różowe kropki gumowców. Ponoć miała oglądać filmy dla dorosłych skąd, więc takie kalosze? A może to sygnał, że tak naprawdę nie jest wściekła tylko lekko wyprowadzona z równowagi? Inaczej sobie zaplanowała rozwój sytuacji, ale to jeszcze nie koniec świata, może właśnie tak należało interpretować te do niczego niepasujące kalosze? Może wcale nie narozrabiały? Zaraz, powiedziała sobie w myślach, ktoś taki jak babcia, potrafi kontrolować wydarzenia, a to znaczy, że niewidoczna umiejętnie nimi manipulowała. Tu nie działo się nic bez jej przyzwolenia. Zaplanowała wyciek informacji, a teraz całkiem przekonująco udaje, że jest inaczej. Ciekawe, czy siostry zorientowały się w jej gierkach?
-Zjedzą i śpią- babcia stała, kopiąc czubkiem swojego kaloszka w ciapki, w smętnie wiszące drzwi, które tym razem nie wytrzymały impetu, z jakim je potraktowała. Wypadły z dolnego zawiasu. Widać drzwi pomimo barbarzyńskiego traktowania miały swoje granice wytrzymałości.
Babcia zrezygnowała z pastwienia się nad drzwiami i wyszła, ale nie obróciła się zanim zaczęła iść, to, co się stało było trudne do opisania a jeszcze trudniejsze do zaakceptowania. Sam proces wychodzenia trwał sekundę albo jeszcze krócej i przez ten moment miała dwie twarze, a części ciała przeszły niezrozumiała przemianę, po czym jak gdyby nic się nie stało szła już tyłem a nie przodem do wnuczek. Tylko ten paskudny, porozciągany beret na moment stał się szarą, rozmazaną plamą. Jeszcze raz się przekonała, że ciała babci nie ograniczały żadne prawa fizyki czy biologii, zupełnie je lekceważyła. Afrodyta w tym momencie bardzo jej tego zazdrościła też by tak chciała. Takie sztuczki mogłyby okazać się bardzo przydatne w życiu. Leontyna i Franciszka nie odzywały się, ale nie wyglądały też na zbyt wystraszone jedyne, co się zmieniło to tylko to, że nie były już w tak dobrych humorach jak wcześniej. Znały babcię lepiej niż Afrodyta i jeśli uważały, że lepiej zachować powściągliwość, to na pewno miały rację i trzeba się dostosować. Nawet, jeśli ten wybuch babci to tylko wyreżyserowana scena, na której wszyscy się poznali. Tym razem pokój Afrodyty usadowił się na parterze i sąsiadował z kuchnią. Leontyna i Franciszka po reprymendzie nie miały ochoty na dalsze rozmowy, więc siostry rozstały się w milczeniu tak jak zażyczyła sobie tego babcia.